Jak znaleźć dobrego tłumacza?
Tłumaczenie jest dziedziną dość niewdzięczną, ponieważ przeciętny odbiorca tej usługi z reguły nie potrafi jej należycie ocenić. Jeżeli przekład dokonywany jest na język obcy, często nieznany zleceniodawcy, ten zwykle zadowala się tym, co otrzyma, i nawet nie przypuszcza, ile niedoróbek i błędów kryje zamówiony przez niego tekst.
Jeśli ktoś uważa, że przesadzam, niech odwiedzi obcojęzyczne strony internetowe wielu polskich firm i instytucji. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że rzetelna ocena tekstu napisanego w języku obcym wymaga bardzo dobrej znajomości tego języka u oceniającego, ale ponoć ostatnio poziom znajomości języków obcych znacznie się poprawił, więc może krąg osób zdolnych sprostać temu wysiłkowi intelektualnemu nie będzie aż tak mały.
Z myślą o osobach znających język niemiecki warto chyba przytoczyć fragment zdania ze strony głównej jednego z warszawskich biur tłumaczeń:
„Wir erlauben und das Angebot von X, moderner, professioneller Firma (…) zu vorstellen.”
Czasownik „vorstellen” jest oczywiście czasownikiem złożonym i nigdy nie tworzy konstrukcji „zu vorstellen”, lecz „vorzustellen” (jest to materiał gramatyczny przerabiany w gimnazjum), słowo „und” (po polsku „i”) świadczy o strasznym niechlujstwie, gdyż należało tu użyć „uns” (w tym kontekście odpowiada polskiemu „się”), a rozwinięcie po nazwie firmy wymaga oczywiście użycia rodzajnika nieokreślonego, czyli „einer modernen, professionellen Firma” itd. W innym miejscu na stronie tego biura znaleźć można taki oto kwiatek:
„Wir garantieren Vertraulichkeit der übersetzten von Dokumente.”
To tak, jakby po polsku ktoś napisał: „Gwarantujemy poufności przez dokumentami przetłumaczona.” Myślę, że komentarz jest tu zbędny.
A co z tekstami tłumaczonymi na polski? Te z pewnością są na wyższym poziomie, bo w końcu tłumaczą je rodzimi użytkownicy języka, ale nierzadko wystarczy uważniej przeczytać kilka wersów, by zacząć się poważnie zastanawiać, czy pisał je rzeczywiście tłumacz, czy raczej student, a może nawet jakiś operatywny licealista. Normą jest nieużywanie lub nadużywanie znaków interpunkcyjnych, a także powielanie błędów językowych powszechnie występujących w mowie codziennej, ale niedopuszczalnych w tekście pisanym („wiodąca firma” zamiast „przodująca firma”, „w oparciu o przepis” zamiast „na podstawie przepisu”, „po najmniejszej linii oporu” zamiast „po linii najmniejszego oporu”, „tą książkę” zamiast „tę książkę” i całe mnóstwo innych - w tym względzie bardzo pouczająca może być lektura słowników poprawnej polszczyzny lub języka polskiego). O przeinaczeniach, opuszczeniach, niezrozumieniu tekstu wyjściowego i innych grzechach spotykanych w branży tłumaczeniowej nie warto nawet wspominać, bo te są znacznie częstsze, niż się powszechnie wydaje.
Jak zatem odróżnić profesjonalnego tłumacza od chałturnika?
Odpowiedź na tak postawione pytanie wymaga poczynienia pewnych ustaleń. Przede wszystkim trzeba jasno sprecyzować, jakie kryteria musi spełniać profesjonalny tłumacz. Nie ulega chyba wątpliwości, że powinien bardzo dobrze znać język, z którego lub na który przekłada. A owo bardzo dobrze oznacza umiejętność idiomatycznego pisania i mówienia w danym języku (tzn. przy użyciu zwrotów i wyrażeń właściwych dla tego języka). Choć większość klientów biur tłumaczy nie zdaje sobie z tego sprawy, kryterium tego NIE SPEŁNIA ogromna część osób podejmujących się tłumaczenia tekstów. Rezultatem są teksty na poziomie „Kali chcieć jeść”.
Ale załóżmy, że znaleźliśmy osobę, o której wiemy, że naprawdę bardzo dobrze włada językiem, na który ma tłumaczyć. Czy taka osoba może nam zagwarantować odpowiednią jakość przekładu? Biegłość językowa znaczenie zwiększa prawdopodobieństwo, że zlecony przekład będzie wykonany prawidłowo, ale tylko w zakresie języka powszechnie spotykanego, tzn. niespecjalistycznego. Chodzi o to, że prawidłowy przekład tekstu specjalistycznego wymaga nie tylko doskonałej znajomości języka docelowego, ale także dziedziny, której tekst dotyczy.
Jeżeli chcemy przetłumaczyć artykuł medyczny, najlepiej będzie zwrócić się do tłumacza, który oprócz ww. umiejętności idiomatycznego posługiwania się językiem będzie miał w swoim dorobku także przekłady z interesującej nas dziedziny. Jeśli chodzi o tłumaczenie tekstu specjalistycznego na język ojczysty, to sprawa jest oczywiście prostsza, ponieważ odpada kwestia doskonałej znajomości języka docelowego, ale i tu czyha niebezpieczeństwo, gdyż osoba nieznająca w odpowiednim stopniu języka wyjściowego bardzo często może nie zrozumieć, o co chodzi w tekście (w jednym z filmów miałem okazję dowiedzieć się z tłumaczenia, że coś miało miejsce „po inwazji Moorsa na Hiszpanię” [after the Moors invaded Spain]; przykład ten obnaża dyletantyzm tłumacza, bo przecież wystarczy zajrzeć do słownika, żeby się zorientować, że chodziło o inwazję Maurów).
Czym więc należy się kierować przy wyborze tłumacza?
Jeśli zależy nam na czymś więcej niż tylko na tym, żeby odbiorca domyślał się, o co nam chodzi, dobrze jest się przyjrzeć dorobkowi osoby, której umiejętności wykorzystamy do zaprezentowania naszych idei i osiągnięć. Jest doprawdy żenujące, że nawet duże przedsiębiorstwa, hotele, restauracje i instytucje bezkrytycznie powierzają tłumaczenie swoich materiałów reklamowych, publikacji internetowych, albumów i przewodników krajoznawczych (nierzadko są to przedsięwzięcia wymagające sporych nakładów) osobom nieposiadającym odpowiednich kwalifikacji, osobom, których jedyną racją bytu na rynku tłumaczeń jest oferowana przez nie niska cena.
Jest doprawdy smutne, że podstawowym kryterium wyboru tłumacza nie są argumenty merytoryczne, czyli jego kompetencja, lecz jak najniższa cena. A prawda jest niestety taka, że niska cena niemal zawsze oznacza niską jakość. Zawodowy tłumacz nie może pracować np. za stawkę wynoszącą 20 zł za stronę liczącą 1500 znaków (mam tu na myśli teksty, które się nie powtarzają), ponieważ rzetelne wykonanie tłumaczenia wymaga zazwyczaj sporego nakładu czasowego (kilkakrotne sprawdzenie tekstu pod względem językowym, porównanie terminologii z dostępnymi zasobami, konsultacja ze specjalistami itd.), przy którym stawka taka byłaby zupełnie nieadekwatna. Jeśli dodać do tego jeszcze nienormalnie krótkie terminy wykonania zlecenia, okazuje się, że taką stawkę może przyjąć jedynie ktoś, kto nie zada sobie najmniejszego trudu, żeby sprawdzić wątpliwości (o ile takowe w ogóle miewa) w źródłach, skonsultować się ze specjalistami czy choćby przeczytać to, co sam napisał. Na to już nie ma czasu (a i stawka jest taka, że chyba nikt tego nie oczekuje).
Czy zatem tłumacz droższy będzie lepszy?
Zasadniczo tak. O ile jednak z niską ceną niemal zawsze wiąże się niska jakość (i naiwnością byłoby oczekiwać czegoś innego), o tyle wykonawcy, który na wstępie wyżej ceni swoją pracę, warto być może się przyjrzeć. Wystarczy nieco bliżej zapoznać się z jego ofertą i zastosować do niej omówione wyżej kryteria, aby ułatwić sobie wybór w tym względzie.
Truizmem jest stwierdzenie, że gdy ktoś chce położyć kafle, to szuka możliwie najlepszego fachowca w tej dziedzinie, i nie uważa, że nieco wyższa cena to pieniądze wyrzucone w błoto. Dlaczego zatem w odniesieniu do tłumaczeń nie stosuje się tej tak oczywistej zasady, która na co dzień przyświeca nam w życiu?
Prawdopodobnie chodzi o to, że jak już wspomniałem, większość klientów nie potrafi dokonać oceny tłumaczenia z tych czy innych powodów, spora część tekstów tłumaczona jest z przyczyn formalnych (tzn. istnieje prawny wymóg wykonania tłumaczenia, którego jednak nikt nie czyta i które od razu wpina się do segregatora), wiele tłumaczeń (zwłaszcza tych na język angielski) trafia do odbiorców, którzy również nie są rodzimymi użytkownikami tego języka i w ogóle znają go dość słabo. Nie wątpię, że dałoby się wskazać jeszcze inne przyczyny, ale nie jest to główny temat tego artykułu.
Warto też odnieść się do pokutującego na stronach wielu tłumaczy przekonania, że posługiwanie się zaawansowanym oprogramowaniem i uzyskanie certyfikatów organizacji międzynarodowych jest dla klientów rękojmią należytego wykonania zlecenia. Nic bardziej mylnego. Oprogramowanie wspierające proces tłumaczenia to narzędzie bardzo przydatne i pożądane, ale nigdy nie zastąpi rzetelnej wiedzy. Stale rozbudowywana baza terminologiczna jest bardzo użyteczna w pracy, ale niezależnie od tego w końcu to zawsze człowiek decyduje o tym, jakiego terminu użyje. Wiele słyszy się w ostatnich latach o błędach w tłumaczeniu aktów prawnych Unii Europejskiej. Przypuszczam, że te przekłady również były wykonywane przy użyciu wspomnianego oprogramowania.
Postęp i technika są z pewnością sprzymierzeńcami tłumacza w jego codziennej pracy, ale naiwnością byłoby wierzyć, że dzięki nim tłumacz może sobie pozwolić na luksus nieuctwa, bo program i tak wychwyci błędy. Wychwyci, ale nie te wynikające z nieuctwa.
Czy warto zwracać uwagę na certyfikaty jakości?
Certyfikaty potwierdzają, że ich posiadacz wdrożył system zarządzania jakością i skutecznie go realizuje. Ogólne założenia są tu z pewnością słuszne, ale całość często zawodzi. Wynika to z tego, że nie wystarczy przestrzegać najsurowszych procedur dotyczących zapewnienia jakości, jeśli zlecenia nadal będzie wykonywał dyletant. A smutna prawda jest taka, że systemy zarządzania jakością ‑ choć zakrawa to na kpinę ‑ niestety nie eliminują dyletantów z rynku.
Bardzo jaskrawym przykładem na potwierdzenie tej tezy niech będzie informacja, że owe dwa napisane upiorną niemczyzną fragmenty, omówione przeze mnie na początku artykułu, pochodzą ze strony internetowej biura tłumaczeń szczycącego się posiadaniem nie jednego, lecz kilku certyfikatów potwierdzających, iż biuro to skutecznie realizuje system zarządzania jakością.
Co najlepiej świadczy o kwalifikacjach tłumacza?
Z pewnością publikacje, ale tylko te, które wydawane są w języku ojczystym wydawcy. Jeżeli zatem tłumacz może wykazać, że jego przekład artykułu naukowego traktującego np. o fizyce jądrowej ukazał się w języku niemieckim w niemieckojęzycznym piśmie branżowym, to z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że spełnia on wszystkie kryteria stawiane zawodowemu tłumaczowi. Im więcej ma takich publikacji, tym lepiej. Daleko posuniętą ostrożność zalecałbym jednak w odniesieniu do przekładów na język obcy publikowanych przez polskie wydawnictwa. Tu, niestety, bardzo często podstawowym kryterium stosowanym przy wyborze tłumacza jest niska cena, za którą - jak wiadomo - idzie zazwyczaj niska jakość. Pociesznej lektury często dostarczają tłumaczone na język niemiecki przewodniki i albumy. Od strony artystycznej prezentują się okazale, zamieszczone w nich zdjęcia są bardzo ładne (wydawcy najwidoczniej rozumieją, że za przyzwoicie wykonane zdjęcie trzeba przyzwoicie zapłacić), ale nieudolnie przetłumaczony tekst może przyprawić o mdłości. Oto kilka przykładów:
„Den Kanäle entlang entstanden hohe Dämme…”
Tu znów kłania się materiał gramatyczny gimnazjum. „Entlang” stojące za rzeczownikiem wymaga czwartego przypadka, gdyby stało przed rzeczownikiem, dopuszczalne byłoby użycie trzeciego przypadka, ale wówczas sformułowanie musiałoby brzmieć „entlang den Kanälen”.
Inny przykład:
„Vor dem Eingang, in 1901 aufgestelltes Denkmal von Friedrich des III. auf dem Pferd.”
Polski oryginał brzmiał „Przed wejściem widoczny jest, odsłonięty w 1901 roku, pomnik cesarza Fryderyka III na koniu.” Przekład jest nieprecyzyjny, zmienia pełne polskie zdanie w przyciężkawy równoważnik, w dodatku naszpikowany błędami. Autorzy albumu prawdopodobnie byliby zdziwieni, gdyby wiedzieli, że z całkiem prostego polskiego zdania powstało coś, co dla niemieckiego czytelnika brzmi mniej więcej tak: „Przed wejściem, ustawiony na 1901 rokiem pomnik Fryderyku III na koniu.” O tym, że interpunkcja w podanym niemieckim zdaniu jest zupełnie bez sensu, nie warto nawet wspominać.
Kolejna perełka:
„In 1909 hat einer der Mitglieder der…”
Kolejne błędy jak z wypracowania. Polskie sformułowanie „w 1909 roku” tłumaczy się bez przyimka, czyli należało napisać po prostu „1909″ lub „im Jahr(e) 1909″. „Einer der Mitglieder” jest poważnym błędem gramatycznym, ponieważ niemiecki rzeczownik „Mitglied” nie jest rodzaju męskiego, lecz nijakiego. Powstało więc coś w rodzaju „Na 1909 jedno z członków…”
Czy wybrać tłumacza indywidualnego, czy agencję tłumaczeń?
Odpowiedź na tak sformułowane pytanie zależy oczywiście od tego, jakie mamy potrzeby i oczekiwania związane z tekstem do tłumaczenia. Jeżeli dany tekst chcemy przełożyć jednocześnie na pięć języków, to raczej żaden tłumacz indywidualny nie podejmie się takiego zadania (wprawdzie można spotkać ogłoszenia takich omnibusów językowych, ale osobiście zalecałbym tu ostrożność). Pozostaje więc wybór: albo szukać kilku tłumaczy indywidualnych, albo zwrócić się do agencji tłumaczeń.
Decydujące znaczenie będzie miało to, na czym w konkretnym wypadku nam zależy. Jeżeli na własnej wygodzie i szybkim pozbyciu się problemu, możemy się od razu skontaktować z agencją. Ta w tym samym czasie może przełożyć nasz tekst nie na pięć, ale od razu na pięćdziesiąt języków, a może i więcej. Jeśli natomiast zdecydujemy się na powierzenie tekstu niezależnemu tłumaczowi, możemy go „sprawdzić” przy użyciu opisanych wyżej kryteriów.
Czy takiej weryfikacji kryteriów nie możemy przeprowadzić tak samo w odniesieniu do agencji tłumaczeń? Raczej nie. Żeby to zrozumieć, trzeba sobie uzmysłowić, czym jest agencja tłumaczeń. Jest to zazwyczaj pośrednik, który nawiązał współpracę z indywidualnymi tłumaczami (co jest sytuacją idealną) lub studentami i osobami niemającymi zbyt wielkiego pojęcia o przekładzie (co nierzadko ma miejsce).
Jak odróżnić agencję przekazującą zlecenia zawodowcom od takiej, która wysługuje się osobami o niskich kwalifikacjach? Można oczywiście przyjrzeć się dorobkowi takiego podmiotu, ale wiele powie nam też sam cennik. Jeśli agencja ma ceny zbliżone do najniższych cen na danym rynku, to jest oczywiste, że nie stać jej na profesjonalistów i musi zatrudniać osoby z łapanki (współpracują z nią ci, którzy zadowolą się najniższą stawką za swoją pracę).
Trzeba także pamiętać, że gdy zwracamy się do agencji, akceptujemy tym samym fakt, że nasze zlecenie będą wykonywać ludzie wyceniający swoją pracę mniej więcej na połowę do dwóch trzecich cen agencji. Powyższe wywody nie oznaczają bynajmniej, że nie ma agencji dobrych. Oczywiście, że są, a ja sam mógłbym wskazać tę czy inną. Ale wiele jest też niestety takich, które chlubią się rzekomo najniższymi cenami na rynku (hasła w rodzaju „super ceny”, „niskie ceny”, „najtańsze tłumaczenia” itp.), a nie potrafią przy tym zapewnić minimum jakości. I nigdy jej nie zapewnią, bo w tłumaczeniach, tak samo zresztą jak i w innych dziedzinach życia, za jakość trzeba zapłacić.
Podsumowanie
Co zatem powinien uczynić potencjalny zleceniodawca, który chce zlecić tłumaczenie tekstu zawodowcowi? Przede wszystkim zachować zdrowy rozsądek i nie dać się zwieść bajkom o doskonałej jakości za niską stawkę. Gdy chcemy kupić nowy samochód w salonie, dla większości z nas jest oczywiste, że cena żądana za uznaną markę o długiej tradycji zawsze musi być wyższa niż za markę, która kojarzy się z licznymi wizytami w warsztacie i ustawicznym narzekaniem osób, które miały okazję nabyć pojazd tego producenta (porównanie cenowe dotyczy aut o podobnym wyposażeniu i zaliczanych do tego samego segmentu).
Identyczne zasady rynkowe odnoszą się do branży tłumaczeń. W odniesieniu do działalności translatorskiej można stwierdzić, że kryterium ceny to kryterium negatywne, co oznacza, że niska cena niemal zawsze oznacza niską jakość, podczas gdy wyższa jedynie zwiększa prawdopodobieństwo, że zleceniobiorca, który ją oferuje, będzie spełniał kryteria, na których nam zależy. Przy wyborze tłumacza (lub agencji) nie radziłbym się kierować informacjami o posiadanym oprogramowaniu wspomagającym proces tłumaczenia czy o certyfikatach potwierdzających realizację systemu zapewniania jakości, bo powyżej wykazałem chyba w przekonujący sposób, że często nic z tego nie wynika. Najlepszym wskaźnikiem potwierdzającym jakość są publikacje, a im więcej ich jest i im bardziej są specjalistyczne, tym lepiej.
Należy też pamiętać, że praca tłumacza ma charakter twórczy, co oznacza m.in., iż ten sam tekst przełożony przez kilku tłumaczy będzie za każdym razem inny. Przekład to nie serek homogenizowany marki X, który zawsze będzie miał taki sam smak (o ile tylko będzie prawidłowo przechowywany) i po który warto się udać do supermarketu, bo ten oferuje niższą cenę. Przekład ma zawsze charakter indywidualny, wobec czego każda z przetłumaczonych wersji będzie się różniła od innych w kwestiach dotyczących trafności doboru terminologii, lepszego lub gorszego dostosowania do języka używanego w danej specjalności, poprawności językowej itp. Amator zadowalający się niską ceną nigdy nie wywiąże się z tego zadania właściwie, bo chyba nie trzeba być w ogóle znawcą tematu, żeby zrozumieć, że z pustego i Salomon nie naleje.